Jazda samochodem...
po Polsce jest niebezpieczna.
Ostrzegano mnie o tym, sam wiedziałem to w czasie
poprzednich wizyt. Już nawet nie mowię o ciagłej groźbie
włamania czy kradzieży. Myslę o okropnych drogach pełnych
kolein i dziur. Wyprzedzanie, na trzeciego a nawet na
czwartego, pod górę, na zakręcie, wtedy gdy odstęp między
samochodami jadącymi w tym samym kierunku jest nie
większy
niż 3 metry, manewrowanie między dużymi TIR-ami, a tirówkami...
to czyste wariactwo.
Z drugiej strony samochód
zapewnia niezależnosć, więc z duszą na ramieniu podjąłem to
ryzyko.
Forda Festive, wypożyczyłem na lotnisku Tegel, i bez zwłoki
ruszyłem w drogę na wschód.
W piękny, majowy niedzielny
poranek mknąłem moją Festiva z Kostrzyna, gdzie
przekroczyłem granicę, w kierunku Warszawy. Po niedługim
czasie chciałem zatrzymać się na parkingu aby tam wybrać z
bagażnika jedzenie – bardzo lubię jesć w podróży.
Ponieważ
mnie jednak ostrzegano, że parkingi są niebezpieczne, i
zdarzają się tam rozboje, więc szukałem takiego, na którym
stoją już jakies samochody, a najlepiej znajduje się tam
restauracja.
Te są bezpieczne, tak mi powiedziano.
Mijane parkingi byly puste, i dopiero po pewnym czasie
natknąłem się na taki parking, na którym już mijając go
zobaczyłem budyneczek, a także samóchod. “Ten parking jest
bezpieczny” pomyslałem. Ostro zahamowałem i wjechałem tyłem
na parking od strony wyjazdu. Zaparkowałem i przystąpiłem
do wybierania rzeczy z bagażnika.
Teren jest rozgrzebany, widocznie parking był remontowany,
tak że mnie nie zdziwiło, gdy od strony budynku zaczął się
do mnie zbliżać
pracownik drogowy...
ubrany w jaskrawo pomaranczowy, odblaskowy stroj. Sadząc,
że stoję w niewłasciwym miejscu chciałem zakończyć jak
najszybciej postój, tym bardziej, że pracownik zbliżał się,
mocno gestykulował, a także mówił cos a własciwie
wykrzykiwał, wymachując przy tym żywo rękami.
W miare zbliżania okazało się, że pracownik tak naprawdę
jest pracownicą, której pomarańczowy strój składał się z
obcisłych majtek i takiejż góry, zostawiając odsłoniety
srodek.
Słowa także stały się zrozumiałe “Fünfzig Mark”. Przez
moment myslałem, że to mandat za parkowanie w niedozwolonym
miejscu, przyspieszyło to moją decyzję odjazdu.
“Widocznie od Niemców pobierają mandaty w markach” –
pomyslałem.
Nie było to wszak bardzo dziwne, skoro znajdowalismy się
przecież niedaleko granicy, na Ziemiach Uzyskanych. Wsiadłem żwawo do samochodu, do którego coraz szybciej
dobiegała pracownica. Jak w zadaniach o dwóch pociągach,
którymi uprzykrzano nam życie w szkole, wygladało na to, że
w tym przypadku jeden pociąg stoi na stacji, a drugi
wjeżdżający zbliża się do niego gwałtownie.
Chodziło więc o uniknięcie kolizji. Tempo jazdy
pociągu - pracownicy było zwalniane przez to, że stopy jej
odziane były w buty na wysokich platformach, chociaż reszta
jej stroju była sportowa.
Przez te platformy nie mogła biec.
To jednak nie był koniec kłopotów.
Pracownica, używając słów niewątpliwie o słowiańskiej
etymologii, wzbogaconych niemczyzną – wszak mówiła do
kierowcy samochodu z niemieckimi znakami rejestracyjnymi -
dobiegła do samochodu, i wpiła się swoimi paluszkami w
otwartą szybę.
Takie są skutki oszczędzania – gdybym wypożyczył samochód z
klimatyzacją, szyby byłyby zamknięte. Ogarnęła mnie woń jej
ciała, to musiały być jeszcze zapasy “Oddechu Lenina” lub
innej markowej firmy z czasów radzieckich.
“Duchi” – to slowo przypomnialo mi sie; takie jak ze
sklepu “Bieriozki” w Alejach Jerozolimskich.
Zapusciłem silnik, powolutku ruszyłem, z pracownicą wpitą w
tę półotwartą szybę, zangażowaną w negocjację, i prawie bym
przysiągł, że zeszlismy już na “Dreizig Mark”.
Kto wie, czy nie powinienem wystąpić z kontrofertą, ale
nieprzygotowany na takie negocjacje nie wiedziałem jakie
sumy wchodziłyby w grę, bez narażania pracownicy na utratę
jej godnosci zawodowej. Ciagle nic nie mowiłem,
skoncentrowany na rozważaniach, czy grzech rozjechania
kobiety upadłej byłby mi wybaczony na Sądzie Ostatecznym.
Te rozważania zakłócił widok wyłaniającej się z krzaków
drugiej pracownicy, ubranej w strój tego samego kroju,
niewatpliwie z tej samej pracowni krawieckiej, ale jaskrawo
zielony. Ta wpiła palce swych zdecydowanych na wszystko
dłoni w okno po drugiej stronie, również niestety otwarte i
też przyłączyła się do negocjacji. Mialem dwie oferty, jedną
od blondyny w pomarańczowym stroju, drugą od brunetki w
zielonym.
A ja nadal wolniutko jadę, nic nie mówiąc, jadę i sobie
myslę, że tylko brakuje aby dołączył się do nas ich
kierownik z kijem baseballowym i stłukł mi tylną szybę.
Własnie ta mysl jakos mnie ożywila i wreszcie zdeterminowała
do użycia słów, ktore po osmiu latach nauki rosyjskiego
jeszcze pamietałem. Nie były to słowa jakich uczyły nas
nauczycielki i lektorki, nie była to też, jak sądzę,
wypowiedź całkowicie po rosyjsku, ale poskutkowalo:
“Poszly won wy komunistki” – wukrztusiłem z siebie. Taka
obelga, zwłaszcza wypowiedziana przez kogos jadącego
samochodem na niemieckich znakach rzuciała pracownice nie
tyle na kolana, ile spowodowala rozluźnienie kontaktów dwu
pracownic drogowych z szybami samochodu.
Kobiety, chcąc mi odpowiedzieć, w języku miedzynarodowym,
obejmujacym elementy niemczyzny, polszczyzny a także innych
jezyków słowiańskich, oraz wykonać odpowiednie gesty
stosowne przy takich spotkaniach i rozstaniach, na szczęscie
dla mnie odczepiły się od szyby, dzięki temu mogłem nacisnąć
na gaz.
One tak jeszcze chyba nie zostały zelżone. “My komunistki?
Za komunizmu to bysmy były uczonymi w instytucie naukowym
albo liderkami komsomołu!”
Plączącymi mi się w popłochu kątami mych oczu obserwowałem
drogę oraz pracownice jednoczesnie, wyjezdzajac z parkingu,
i jeszcze dostrzegłem nazwę moteliku stojącego przy
parkingu.
Nomen omen – “Duo”.
Tak mnie ta przygoda ożywiła, że przez dobrych
kilkadziesiąt kilometrów nie byłem ani zmęczony, ani głodny.
Nie chciałem się zatrzymywać na parkingach, zwłaszcza
takich, przy których stoją przytulne hoteliki. Choć
niewątpliwie w miejscach takich mógłbym sobie podszlifować
(hm..) znajomosć języków południowo - wschodnio - słowiańskich.
Wreszcie, niedaleko Poznania, w Pniewach, zobaczyłem
żółte łuki
układające się w kształt złocistej litery “M”. Zjechałem na
parking. Miejsce było pełne młodych i starszych ludzi, bo
przecież po niedzielnej mszy wypada udać się do eleganckiej
restauracji, a tam zjesć jakiegos modnego, smakowitego
hamburgera, popijając go kawą lub zwykłym napojem gazowanym.
Miejsce było czyste, parking wyglądał bezpiecznie, warunki
sanitarne były dobre.
Zamowiłem kawę.
Jej smak przypomniał mi, że byłem w cywilizowanym swiecie,
należącym do wielkich korporacji miedzynarodowych. Taki sam
będzie jej smak w Pniewach, Chicago czy Bangkoku. Spotkanie
w lesie uswiadomiło mi, że w prastarych, pomorskich
puszczach otaczających te wyspe Mac-cywilizacji czają się
jeszcze dziwy, też miedzynarodowe, a jednak swojskie, nasze,
katolickie. Miedzynarodowe w tresci, słowianskie w formie. Niby
kapitalistyczne a jakże socjalistyczne w zapale do pracy
nawet w majowa niedziele...
zobacz:
KUCHNIA POLSKA |