|
Krzysztof Podgorski,
urodził i zdobył wyższe
wykształcenie matematyczne w Polsce. Po wyjeździe do Stanów
Zjednoczonych uzyskał następny tytuł doktorski ze statystyki na
Stanowym Uniwersytecie Michigan (Michigan
State University).
Od lat kilku mieszka w Indianapolis, w Stanie
Indiana, gdzie jest zatrudniony jako profesor matematyki na
Stanowym Uniwersytecie (Indiana University - Purdue
University Indianapolis).
Krzysztof wierzy, że bycie twórczym znaczy
niedopuszczenie
do zniewolenia przez spoleczenstwo - cel, ktory w jego
mniemaniu, jest centralny w walce czlowieka o mozliwosc
swiadomego, niezaleznego zaistnienia.
Nie oznacza to, ze jemu udalo sie do
tego celu zblizyc w jakis znaczacy sposob.
Krzysztof Podgórski wypowiada się w małych formach literackich
zwanych przez niego "wypowiedzi danego momentu". |
|
1.
Są takie słowa,
2.
Powołanie,
3.
Słowa, mowa, jesień,
4.
W pomiędzy,
5.
Rzeczy zapodziane,
6.
Meduza,
7. Zawirownie,
8.
Nieznane
miejsca,
9.
Miłosć,
10.
Elokwencja i seks,
11.
Marzenie - cos ładnego,
12.
Dwie kobiety rozmawiające cicho
 |
Są takie słowa
|
Są takie słowa,
za
którymi nie potrafię
umieścić przecinka.
Są takie zdarzenia,
po których nie jestem w stanie się podźwignąć.
Te dwa
fakty mojego życia sprawiają,
że całe ono kołacze się pomiędzy
nieudolną interpunkcją a niezdarnym wstawaniem.
|
|
Powołanie
Po kilku chaotycznych, beznadziejnych,
rozpaczliwych próbach, porywach pisania,
gdy za każdym razem zdania układały mi spotworniałe przypowieści,
które pałały okrucieństwem,
ociekając wulgarnością grzechotały z niecierpliwości by rozwijać
się chorobliwie coraz to więcej i więcej,
wyrodniejąc w swych zawiłościach splątanych,
by w końcu ``Dość!''
lądować wśród innych zapisanych kartek oczekujących na czasy, gdy spokój zastąpi me nerwowe oczekiwania,
a moja cierpliwość dorówna wyobrażeniom bełkoczącym bezładnie
spomiędzy napisanych zdań.
W końcu zacząłem z obawą roztrząsać, czy
kiedykolwiek będę w stanie układać historie ze zdań, po tych
wszystkich chwilach spędzonych w przestrzeniach pomiędzy
byciem, dotykiem, snami i podróżami, gdzie
nowość miejsc nieustannie
naruszała moją równowagę, która wskutek zawędrowała gdzieś,
gdzie sam jej sens
przestał mieć znaczenie i w końcu zagubiła się
na zawsze zostawiając mnie samego zataczającego się błędnie od
jednego zdarzenia do drugiego.
Na szczęście, w trakcie tej półprzytomnej wędrówki
spotkałem paru szczerych przyjaciół,
którzy litościwie poskładali dla mnie kilka obrazów, sprawiających
wrażenie na tyle solidnych,
że uczepiłem się ich gwałtownie w nich szukając oparcia.
I choć były to jedynie sny o zapachach
wydobywających się spomiędy ciał spoconych swym zapamiętaniem,
może alkoholowym, może seksualnym,
to przecież cóż złego w pozornej solidności snów jeżeli
rzeczywistość kłębi
się gęstymi dymami niepewności, wśród których znajome postaci pogubiły swe przestrzenne wymiary.
Tam też dostrzegam siebie starzejącego się w
jednowymiarowych portretach, gdzie nanizany jestem na cienką
stalową linie o smutnym skosie, zamieniającym jakiekolwiek próby uwolnienia się z takiej
oczywistości, na powolny
lecz nieubłagalny ruch w dół.
Ale ja się wyrwę, i wtedy, nawet gdy trudno już
będzie sobie przypomnieć w imię czego to wszystko się dzieje,
usiądę i z wielką troskliwością zajmę się opatrywaniem krwawiących
ran. Moment ten jawi się mi niezwykle
przyjemnym, kojącym nawet teraz.
Dlatego też nic nie przeszkodzi moim dążeniom, nawet nieustanne
ujadania, ani napastliwe pokusy ciszy, ani
wytrwałe działania
czasu, drażniące swą monotonią, ani ty ani nawet ja sam, tak
bowiem podpowiadają mi chwile,
historie których spisane są tutaj
od pewnego dość zagmatwanego początku aż do jakiegoś nieznanego
jeszcze
końca.
|
Słowa, mowa, jesień
Ptak
spadł
Jesień trwa
Dzieci płaczą
Ludzie chodzą
Wiatr ziębi.
Smutek dręczy
Muzyka wabi
Czekanie męczy
|
Pamięć kołysze
Wątek się gubi
Alkohol oszołamia
Żebracy błagają
Twarz się starzeje
Kogoś brakuje
Obrazy okrutnieją
Słowa twardnieją
Grzechy pokutują
|
Przeszłość zastyga
Teraz się staje
Przyszłość oczekuje
Liście spadają
Ciemność nastaje
... i tylko ptak spadł
|
|
W
pomiędzy
A jednak udało nam się dotrzeć.
Tak, dotarliśmy do naszej połowy, połowy bycia,
połowy milczenia,
połowy pragnienia, połowy zadeptywania śladów na piasku.
Zasmuciłoby się wkoło, gdybyśmy się tutaj mieli
zatrzymać,
płaczem próbując dokonać tego, czego nie udało dotykiem.
Przewróćmy zatem na drugą stronę i nie bójmy się
tego, że tam to już tylko w dół.
Przewróćmy się na drugą stronę i przyciśnijmy
bardzo mocno do jeszcze chlodnej poduszki,
jedynie wiernej. Być może z przytulenia tego powstanie coś, co
obejmie nas z równą mocą.
|
Rzeczy zapodziane
Blakam sie sennie po swoim wlasnym pustkowiu potykajac sie o nasze
rzeczy zagubione
i zastanawiam sie w naglym ocknieniu, ktoz je tutaj zostawil.
Czasami wznosze je drzacymi dlonmi nad glowe i ofiaruje bostwu
rozpamietywania.
Chwile popieszcze je dotykiem by odlozyc ostroznie dokladnie w to
samo miejsce.
Bardzo sie staram by niczego nie naruszyc. I rzeczywiscie nic, nic,
nic...
nic sie nie zmienia.
Po chwili ponownie zapadam w stan nieistnienia.
Czyz juz tak
zostanie po wsze czasy?
East Lansing, wrzesien 1993.
|
Meduza
|
Meduza
Prawdopodobnie
ludzie nawet tego nie zauwazyli, jak
codzień rozpaczliwie wypatrują spełnienia swych
pragnień w promieniach
słońca chowajacego
się w morzu.
Mnie znużenie słoncem,
zmęczenie ludźmi pozwoliło
dostrzec ten moment - mgnienie,
gdy jej bezwładne,
okryte piaskiem ciało
otoczone nagle pryskliwą
pianą fali wystrzeliło lotem
ptaka.
Zbierałem potem ich
porzucone ciała, gdy inni przebierali
w muszlach. Ich
dotyk stał mi sie miły, a ich
martwosć
wydała
uległoscia.
|
 |
I ułozyłem z nich na brzegu kobiece kształty. Wierzyłem,
że nocny wiatr chłostajac je jezorami fal
powoła je do
życia.
Następnego switu obudził
mnie kobiecy zapach
blakający się westchnieniami
po moim ciele.
Spacerujący ludzie
niespostrzegli nawet i tego
niezwykłego zjawiska, wciąż uporczywie wpatrując
się w tę martwą, czerwoną
kule, ktorej nigdy nie będzie
im
dane nawet dotknąć. Później,
o zmroku, wracając
wzdłuż brzegu omijali porzucone meduzy,
przydeptując
je czasami i wzdrygając
się wtedy ze
wstrętem.
|
Zawirowanie
|
|
Zawirowanie
Ogldając portrety, dodajmy płaskie
portrety,
zadziwiało mnie zawsze, fascynowało, a czasami
wręcz napełniało z lekka obsesyjnym lękiem, to
dziwne zjawisko, efekt, złudzenie, czy
jakkolwiek
inaczej to nazwiemy, pojawiajace sie ilekroc
portretowany w trakcie
swego uwieczniania uporczywie, a
czasami,
daj Bóg,
przenikliwie, wpatrywał się w pędzel, ołówek,
obiektyw, czy jakikolwiek inny srodek
zamieniania czterowymiarowego obiektu, czy
jakbysmy inaczej rzekli, przestrzennego i
przemijającego, w obiekt
płaski i wieczny, no, chociaż z tym
ostatnim przymiotem
to różnie bywa, tenże, a mam teraz na mysli
powiedzmy, pędzel odwdzięczał się temu
zainteresowaniu, sprawiając, że sportretowany
od tamtej chwili aż po zawsze, oczywiscie
jeżeli tylko nie zdarzy się, kórys z owych
smutnych i nieodżałowanych
przypadków, jak ongis w Aleksandrii,
bedzie spoglądał z tej swojej niepojętej
płaskosci we wszystkich możliwych kierunkach
i to we wszystkich kierunkach jednoczesnie,
co dla nas istot umieszczonych
nadzwyczaj pokracznie w czterowymiarowej
rzeczywistosci w jakims wymyslnym
splocie pomiędzy czasem i przestrzenią,
jest aktywnoscią leżącą
daleko, daleko poza
naszymi, niewydarzonymi
możliwosciami,
bowiem jakkolwiek bysmy nie próbowali,
wytężali,
spoglądając w najdalsze kąty naszego
oka to i tak
przecież majaczą nam się jedynie
niewyraźne kształty
rzeczy, a sprobujcie, sprobujcie, nie mowiac już
o tym,
że nasze źrenice
spoglądają całkiem wyraźnie tylko w
jeden, dokładnie okreslony punkt, co
nie ma miejsca w
przypadku wspomnianych
płaskich wizerunków,
patrzących niewzruszenie na ciebie,
gdziekolwiek staniesz, jakkolwiek staniesz,
czy w jakikolwiek
sposob ułożysz ów obraz, i
nie próbuj go zaskoczyć
udając, że nie zwracasz na niego uwagi,
by nagle,
odwracając znienacka, usiłowac uchwycić moment,
gdy
jego źrenice skierowane są gdzies
indziej, próżny twój
trud, one będą nieruchomo utkwione wprost w
ciebie,
a gdy podzielisz się tym odkryciem z
twoim
przyjacielem, który, przypusćmy,
stoi na glowie w
przeciwległym kącie tego pokoju,
który,
nawiasem
mówiąc, dziwnieje coraz bardziej
przyoblekając sciany
w wykrzywione portrety postaci z pustymi
oczodolami,
on będzie również uparcie twierdził, że to
własnie na nim
spoczywa
owe spojrzenie i musisz mu przecież uwierzyc,
bo komuż bys uwierzyl jezeli nie własnym
przyjaciołom,
lecz twój umysł burzy się przeciwko tej
oczywistej,
namacalnie istniejącej
niemożliwosci, choć ty w gruncie
rzeczy nie masz nic
przeciwko temu, pragnąc nawet,
w
głębi ducha,
znużony
codziennoscią, aby swiat zapełnił
się
takimi
zwariowanymi
niezwykłosciami
i być może
dlatego
też
zazdroszcząc tego malarzom,
aczkolwiek
|



|
pewnie niesłusznie, bo cóż to jest -
sztuczka, wybryk
kuglarza,
tym niemniej ja nie mogę tak w
nieskonczonosć
z tymi słowami, a zatem w
koncu sięgnę chyba po cienki,
nadzwyczaj cienki pedzel
umaczany w farbie tego,
czy
innego koloru,
zapewne czarnego, i będę dalej prowadził
twą mysl po delikatnej
lini tego zawirowania, które nagle,
w ktoryms mało spodziewanym momencie,
jakims jego
cudownym pociągnięciem
przemieni się w źrenice
oka,
które podobnie przyszpili
ten twój mniej lub bardziej marny
umysł,
dołączając kolejnego szaleńca do kolekcji
tych
dziwacznych motyli zamkniętych w
szklanej gablocie tej
wiszącej na scianie za twymi plecami,
odwroć się tylko i
powiedz, czy to nie
przerażający widok,
a zatem strzeż
się oglądania tych
portretów, gdy mogąc się
obracać,
wprawiając twe
mysli w powolny ruch okrężny, a potem
szybciej i
szybciej, nawijając twoje spojrzenie wzdluż osi
owych nieruchomych oczu, w slad za twoimi
spojrzeniami
podązają twe
mysli, a ty wciąż na to
patrzysz, choć już
nie wiesz czyimi oczami,
własnymi, czy jego, i z
przerażeniem
oczekujesz, na moment,
gdy skończą się
twoje mysli i przyjdzie kolej by
uczucia zaczęły się
pojawiać w tym
wirujacym obłędzie, ale jednak nie,
jednak udaje ci się jakos
zatrzymać obracający wizerunek
i wtedy ze
zdumieniem spostrzegasz,
że to nie żadna
niezwykła siła
go obracała, lecz twoje własne dłonie,
i
mimo, że wszystko jeszcze
wiruje przez chwile, to ty
odpreżasz się, szczesliwy, że
odczucia twe zachowałes
dla siebie, potem
spogladasz na mnie z wyrzutem,
zupełnie
niesłusznie winiąc mnie za to,
że pragnę cię
przestraszyć, chociaż
własciwie to masz rację pytając po
co ja
ci o tym wszystkim tak po
prostu, więc
wybacz mi
to nieco przydługie zdanie - niezdanie, dziwoląg
niejaki,
który nie dosć,
że gubi co chwilę wątek,
mysl, nie mówiąc
o orzeczeniach i podmiotach,
ile to ich już się
porozsypywało po drodze, i którego
czytanie męczy cię
niepomiernie, tym bardziej, że jest to dopiero
jego
początek, i nikt własciwie nie wie
dlaczego ty go jeszcze
czytasz jeżeli jeszcze go rzeczywiscie
czytasz, a miejmy
nadzieję, że tak, bo
inaczej jakiż dalszy sens
ustawiania
wyrazów w ten, czy inny
porządek - chyba żaden, gdyż
ciebie już
nie ma, któż bowiem
zmusiłby cię do czytania
na
przykład tego słowa, albo tego własnie, a
tym bardziej
tego, a także tej, tej i następnej litery i
jeszcze, dlaczego
własciwie
wciaż jeszcze to robisz, zatrzymaj się,
czyż nie
dostrzegasz jak wszystko
zaczyna wirować w bezsensie,
a ty juz nie
bardzo odrożniasz się ode
mnie, czy te słowa
są
jeszcze moje, czy już twoje,
gdzies się pogubiły
pomiędzy nami,
nie to raczej już ty nimi myslisz,
ja ich
już w sobie nie znajduję,
nie, to nie ty oszalałes,
to ja chyba,
skąd te mysli, prosze przestań, zatrzymaj
to
wreszcie,
...JA już nie daję rady.
|
Nieznane miejsca
Szukajac dla nas
miejsca
nieopatrznie
zawadzilem o zblakany kosmos, który bynajmniej
nie zbliżył mnie do Ciebie.
Wciagal mnie w rzygowiny jakiegos mętnego pokera.
Mówiłem mu "Fuck of", kilka razy dziennie,
lecz najwidoczniej nic go to nie ruszało.
Musiałem więc powtórnie zacząć me starania od
pozbycia się
nieprzyjaznych ciemnosci, które mi przysłoniły
Ciebie.
Doprawdy nigdy ich nie zrozumiem.
Znajac mnie tak dobrze muszą więc wiedzieć, że
na nic
ten ich przeklety upór. Są jak te zużyte dziwki,
które czepiajają się myląc pojecia.
Ileż mi czasu zajmie przerzucanie tej gnijącej
padliny galaktyk, aż wreszcie na skrawku ziemi,
który pieszczę od lat, maskując starannie nie
tylko przed wzrokiem,
ale także przed czyjąkolwiek
myslą, wytrysnie orgazmem ta zieleń lisci,
którą pamiętamy i Ty i Ja.
Czy lubisz rytm slów? Ja uwielbiam się w nie
wsluchiwać i odlatywać tam, gdzie największym
dziwactwem są ludzie... i Ty i Ja, i Ty i Ja, i
Ty i Ja...
A
czasami pojawiają się tam jakies obrazy niby
dziwaczne motyle, ja je chwytam wtedy i
trzepoczące jeszccze pełne przerażenia nabijam
na szpile, by je obserwować z zachwytem jak
konają w bólu w gablotach mej umiłowanej
kolekcji.
|


|
I żyję tak własnie,
przerzucając kosmosy
leżące między
nami, walące się
kłodami pod moje nogi i wszystko jest
spokojne, gdyż wszystko
jest proste,
gdy
jest przed nami.
I tym jestem silny, czasami tylko zwijam się
w embrion
przerażenia, gdy jakies skrzeczące głosy
nękają
mnie
pytaniem: "Czy cos
więcej, niz badylasto -zieloniasta
przeszłosć nam się w tym życiu przydarzy?".
Znoszę to ze spokojem, te spazmy przeminą, a
kto lepiej
ode mnie wie, że ich pozorna
napastliwosć jest jedynie
tchórzostwem.
Innego znow
dnia jakis kolejny szaleniec chciał mnie
powstrzymać.
Nawet wyciągnął nóż i bedac jednookim
wygladal
dosć groznie z tym pustym oczodolem,
z ktorego raz
za razem wypadaly teczowki rozlewajc sie
miekko
po trotuarze opalizujac
przy tym niebieskawo.
Zachwycił mnie tym, dlatego też byłem dla niego
wyrozumialy i odpowiadałem na wszystkie jego
pytania.
Dowiedzial się dzięki temu jak mozna rozmawiac i milczec
zarazem, być blisko i daleko, kochać wyuzdanie
i spac
snem niewinnym, pożądać będąc spełnionym.
Jednym słowem pooprowadzałem go po zakamarkach
mojej głowy i nawet nie miałem nic przeciwko ostrzu
jego
noza,
choć kilkakrotnie zranił me mysli dotkliwie.
Gdy
odchodził, spojrzałem nań raz jeszcze i dostrzegłem,
że nie zostawiał już niebieskawej poswiaty.
Od samego początku wiedziałem, ze to był płacz.
Podniosłem porzucony nóż i podjąłem swe
poszukiwania,
nie mogąc sobie przypomniec czyjej to krwi
swieże slady
widnieją na jego ostrzu.
|
|
|
|
|
|
Marzenie
- cos ładnego
|
Marzenia - cos ładnego
Ze snu wyrwała mnie mała dziewczynka.
Na główce miała wianek z polnych kwiatków,
a w rączce trzymała szmacianą lalę.
Stała przy oknie jasno oswietlonym przez słońce.
Za nim ciepła zieleń buchała srodkiem kolejnego, letniego dnia.
Usmiechała się, a dołeczki policzków
przypominały mi własne zdjęcia sprzed dwudziestu lat.
Biegałem wtedy czarno-biały
z patykiem i gilami pod nosem, radosny.
Teraz, z dziecięcą naiwnoscią,
osóbka ta przypatrywała się wyprutym ze mnie wnętrznosciom.
Ostatniej nocy zrobiła to jakas chora kurwa.
Pomyslałem ze wstydem: własciwie dlaczegoż
jeszcze nie umarłem?
|
|
Dwie kobiety rozmawiające
cicho
|
|
Dwie kobiety o niezwyczajnej urodzie rozmawiajace cicho i
spokojnie,
Zanosilo sie na burzę, nagle
pociemniało i ucichło. Podażał znajomym nadrzecznym pasażem,
gdzie często szukał i zazwyczaj znajdował chwilę wytchnienia
od drapieżnej codziennosci. Tym razem, prawdopodobnie za
sprawą niespokojnej pogody, aleja była opustoszała. Jedynie
w oddali, gdy dobrze wytężyć wzrok, dostrzec można dwie
postaci, podażające w tym samym co on kierunku.
Nie myslał o niczym szczegolnym czerpiąc radosć ze
zdarzającej się możliwosci bycia bez koniecznosci działania.
Odległe postacie przybliżyły się na tyle by rozpoznał w nich
kobiety. Szły dużo wolniejszym krokiem. Stopniowo coraz
wyrazniej postrzegał nowe detale ich sylwetek, już potrafił
stwierdzić, że są młode, szczupłe, dobrze ubrane, być może
piękne. Siłą rzeczy stały się centrum jego uwagi.
Mimo ołowianych chmur i pierwszej odległej błyskawicy one wciąż
szły nadzwyczaj powoli jakby od niechcenia stawiając kroki,
rozmawiając, od czasu do czasu wspomagając się nieznacznymi
gestami rąk. Dystans pomiędzy nimi wydawał się zmiejszać
jeszcze szybciej, tak jakby podswiadomie żałował każdej
chwili spędzonej poza ich kręgiem - siły grawitacji
przyciągające dryfujące bez celu jestestwo do ruchu,
wydarzenia, akcji.
Po chwili był wystarczająco blisko by rozpoznać brzmienia
ich glosów, choć słowa wciąż były niezrozumiałe. Teraz już z
pewnoscią mógł stwierdzić, że rzeczywiscie obie były niepospolitej
urody.
Zwolnil i wstrzymal oddech by wsluchac sie jak rozprawiaja z
wdziekiem. Teraz podazal za nimi skradajac ich rozmowe,
fascynujac sie detalami ich kobiecosci. Chwilami docieral do
niego sens niektorych zdan i wtedy podziwial jakze
starannie i z jaka swoboda dobieraly slowa. Przez moment
nawet pomyslal, zeby podejsc do nich pod jakims pretekstem i stac
sie rzeczywista, aktywna czescia tak bardzo absorbujacej go sceny.
Zrywajacy sie gwaltowny wiatr, karcac go, zdal mu sprawe jak bardzo chybiony
to pomysl.
Nietrudno sobie wyobrazic jego nieporadne slowa, ich
pytajacy wzrok, bezpowrotnie zagubiona harmonie obecnej
konwersacji.
Przynalezy do plemienia, hordy szczesliwych ludzi o ciemnej
skorze majacych pod dostatkiem wszystkiego co w ich pojeciu okreslalo
dobrobyt. Pasja jego sa kobiety, absorbuje go to niezwykle bogactwo jakie
mozna wydobyc z napiecia pomiedzy kobieta a mezczyzna, a
siebie uwaza za szczegolnie uzdolnionego by czerpac z tego
do woli. W swojej proznosci uwazal sie za szamana seksu i z
tego tytulu ciazy na nim powinnosc poddawania sie wszelkim obrzadkom jakie
bostwo to zsyla jego wyobrazni. Nie znal kobiety, ktora by kwestionowala jego
poslannictwo. Opinia mezczyzn w tej kwestii byla co najmniej nieistotna.
Gdy do wioski zawitala ta abstrakcyjna ekspedycja
jasnoskorych i jasnowlosych ludzi i wiekszosc
wspolplemiencow wydaje sie podekscytowana i pelna naboznego
podziwu, on okazuje demonstracyjne lekcewazenie, ale jedynie
do momentu gdy dostrzega wsrod przybylych dwie kobiety. Z
dystansu obserwuje jak kobiety te posluguja sie rownie
sprawnie grzebieniem rozczesujac niezwykle obfite wlosy w
trakcie porannej toalety, jak i bronia palna, zestrzelajac
nieosiagalne ptaki w trakcie pokazow dla oniemialych z
podziwu i przerazenia wspolplemiencow.
On wtedy stoi z dzida i z ta smieszna przepaska wokol bioder,
ktora nie jest wstanie ukryc wzwodu jego czlonka, gdy jedna
z kobiet wysuwa nieznacznie jezyk opierajac go na gornej
wardze, gdy on w tym czasie sklada sie do oddania strzalu. Przystepuje
z nogi na noge i pozada z obca dla niego swiadomoscia, ze
nigdy nie bedzie mogl pozadania tego zaspokoc. Nie
wiedzialby nawet co zrobic z tymi dziwnymi strojami na ich
cialach. Poza tym obce ani razu nie obdarzyly zadnego z
wspolplemiencow tym spojrzeniem, ktorym kobiety z jego
wioski obdarzaly go nieustannie, spojrzeniem pozadania i
przyzwolenia. Nocami nie spi, w dzien blaka sie za nimi,
pozadliwie chlonac ich tajemnicze zwyczaje. Potem przybysze
opuszczaja wioske. Zycie wraca do normalnego trybu. Nie
potrafi jednak tego zaakceptowac, uwaza to za objaw tchorzostwa,
to co sie zdarzylo podwaza sens ich bytowania zatem winno
sie temu stawic czola. W jaki sposob?
Probuje polowac, co zawsze bylo dla niego inspiracja i
zrodlem satysfakcji. Teraz jednak wydaje sie zalosnie
beznadziejne, wciaz ma w pamieci odglos strzalow i szum
spadajacych ptakow. Probuje takze kobiet, lecz ich zbyt
znajoma uroda i oczywistosc z jaka rozwieraly uda budza w
nim odraze. Onanizuje sie przez kilka dni przy wizerunku bialej
kobiety, ktory sobie wydrapal na skale. Potem nabija sie na
wlasna wlocznie.
Minal rozmawiajace kobiety. Gdy pierwsze, wyjatkowo wielkie
krople deszczu spoczely na jego twarzy, pomyslal z zalem,
ze przynalezy do tych, ktorzy po kataklizmie wracaja do
normalnosci.
|
|
zobacz shows
|
|